Post autor: der » 11 czerwca 2020, 11:35
Staram się nigdy nie lądować w uprawach bo to zwyczajnie nie wygodne. Moje lądowania są zwykle blisko lub w samym centrum cywilizacji, bo powrót muszę zapewnić sobie sam. Tomek jest przedstawicielem szkoły lądowania w czarnej dupie a w dodatku w głębokim zbożu czy co gorsza rzepaku. Ale o tych upodobaniach to już bezpośrednio do niego.
Muszę poruszyć jednak inne kwestie. Dość małooczywiste dla kogoś kto na codzień siedzi za biurkiem a przyrodę widzi tylko na okoliczność latania.
Nie jest taktowne wchodzenie w szkodę jakąkolwiek, czyjąkolwiek, tym bardziej jeśli odpowiednio wczesnym rozplanowaniem lądowania mogliśmy tego uniknąć.
Każde pole czy łąka są czyjeś. Jedynym dobrem wspólnym są drogi. Na większości dróg nawet tych polnych da się spokojnie wylądować, kładąc skrzydło pasie zieleni doń przystającej.
Lądowanie na czyjejś łące nie czyni żadnej szkody. Poza tą emocjonalną właściciela. Trawa ma zdolność samoistnego kładzenia się od wiatru i podniesienia. Paralotnia jest wykonana z materiału lżejszego od papieru. Dwie nogi schodzącego z łąki paralotniarza wyczyniają nieporównywalnie mniej szkody niż wypasane zwierzęta gospodarskie. Choćby same ich odchody. Nie wspominając o szkodach zwierząt dzikich, ryjących.
Lądowanie w zborzu czyni nieporównywalnie mniej szkody niż jednorazowy przejazd traktora w celu oprysku. Położenie paralotni na zbożu nie czyni żadnej szkody. Oby nie przyszło nam do głowy się tam pakować. Jedynie może to zrobić zejście z pola. Zasada prosta. Ciasno w różyczkę i stopa za stopą do wyjścia. Z resztą jeśli już musimy siadać, warto wybrać z góry dobrze widoczne bruzdy po kołach traktora, które bezpowrotnie wygniotły uprawy, nimi wychodzi się po prostu łatwiej i właściwie nie szkodząc wcale.
Nie wyobrażam sobie sytuacji, by choćby z własnego poczucia winy szukać właściciela łąki czy pola by przeprosić i zaproponować zadośćuczunienie. Może dlatego, że żadnej szkody nieodwracalnej do dziś w mojej ocenie nie wyrządziłem. Natomiast zdarzyło się wielokrotnie wylądować na cudzej łące, na którą przybył ktoś z ciekawości. Trudno wtedy stwierdzić, czy to właściciel, użytkownik czy sąsiad. Przecież nie będziemy prosić o wypis z ksiąg wieczystych.
Zawsze na tą okoliczność warto się przedstawić, przekazać skąd się tu wzięło i zapytać czy się nie przeszkadza. Jeszcze nigdy nie spotkało mnie nic niemiłego ze strony gospodarza czy zainteresowanego. A latanie po płaskim ma tę cechę, że każdy lot to właściwie przygodne lądowanie.
Edit. Raz jeden w Hiszpanii wiatr generował rotory, które by ich uniknąć zmusiły mnie do lądowania w zbożu. Pewien hiszpański rolnik przybył by zwrócić mi uwagę i wskazać, że powinienem wylądować tam, pokazując nibyłąkę po drugiej stronie sąsiedniego pagóra. Trudno mi było z nim dyskutować, bo ja zero po hiszpańsku, on zero po angielsku, o tym, że znajdowałbym się na zawietrznej tegoż pagóra i moglibyśmy wtedy jednak nawet nie pogadać. A wiało dołem mooocno. Była wiosna. Smaczku dodał fakt, że aby zwrócić uwagę moim dwom stopom, przejechał 300 metrów swojego jak podejrzewam pola na szeeerokich oponach swojego traktora wygniatając bezpowrotnie ze 100m2 albo i więcej swoich upraw.
Staram się nigdy nie lądować w uprawach bo to zwyczajnie nie wygodne. Moje lądowania są zwykle blisko lub w samym centrum cywilizacji, bo powrót muszę zapewnić sobie sam. Tomek jest przedstawicielem szkoły lądowania w czarnej dupie a w dodatku w głębokim zbożu czy co gorsza rzepaku. Ale o tych upodobaniach to już bezpośrednio do niego.
Muszę poruszyć jednak inne kwestie. Dość małooczywiste dla kogoś kto na codzień siedzi za biurkiem a przyrodę widzi tylko na okoliczność latania.
Nie jest taktowne wchodzenie w szkodę jakąkolwiek, czyjąkolwiek, tym bardziej jeśli odpowiednio wczesnym rozplanowaniem lądowania mogliśmy tego uniknąć.
Każde pole czy łąka są czyjeś. Jedynym dobrem wspólnym są drogi. Na większości dróg nawet tych polnych da się spokojnie wylądować, kładąc skrzydło pasie zieleni doń przystającej.
Lądowanie na czyjejś łące nie czyni żadnej szkody. Poza tą emocjonalną właściciela. Trawa ma zdolność samoistnego kładzenia się od wiatru i podniesienia. Paralotnia jest wykonana z materiału lżejszego od papieru. Dwie nogi schodzącego z łąki paralotniarza wyczyniają nieporównywalnie mniej szkody niż wypasane zwierzęta gospodarskie. Choćby same ich odchody. Nie wspominając o szkodach zwierząt dzikich, ryjących.
Lądowanie w zborzu czyni nieporównywalnie mniej szkody niż jednorazowy przejazd traktora w celu oprysku. Położenie paralotni na zbożu nie czyni żadnej szkody. Oby nie przyszło nam do głowy się tam pakować. Jedynie może to zrobić zejście z pola. Zasada prosta. Ciasno w różyczkę i stopa za stopą do wyjścia. Z resztą jeśli już musimy siadać, warto wybrać z góry dobrze widoczne bruzdy po kołach traktora, które bezpowrotnie wygniotły uprawy, nimi wychodzi się po prostu łatwiej i właściwie nie szkodząc wcale.
Nie wyobrażam sobie sytuacji, by choćby z własnego poczucia winy szukać właściciela łąki czy pola by przeprosić i zaproponować zadośćuczunienie. Może dlatego, że żadnej szkody nieodwracalnej do dziś w mojej ocenie nie wyrządziłem. Natomiast zdarzyło się wielokrotnie wylądować na cudzej łące, na którą przybył ktoś z ciekawości. Trudno wtedy stwierdzić, czy to właściciel, użytkownik czy sąsiad. Przecież nie będziemy prosić o wypis z ksiąg wieczystych.
Zawsze na tą okoliczność warto się przedstawić, przekazać skąd się tu wzięło i zapytać czy się nie przeszkadza. Jeszcze nigdy nie spotkało mnie nic niemiłego ze strony gospodarza czy zainteresowanego. A latanie po płaskim ma tę cechę, że każdy lot to właściwie przygodne lądowanie.
Edit. Raz jeden w Hiszpanii wiatr generował rotory, które by ich uniknąć zmusiły mnie do lądowania w zbożu. Pewien hiszpański rolnik przybył by zwrócić mi uwagę i wskazać, że powinienem wylądować tam, pokazując nibyłąkę po drugiej stronie sąsiedniego pagóra. Trudno mi było z nim dyskutować, bo ja zero po hiszpańsku, on zero po angielsku, o tym, że znajdowałbym się na zawietrznej tegoż pagóra i moglibyśmy wtedy jednak nawet nie pogadać. A wiało dołem mooocno. Była wiosna. Smaczku dodał fakt, że aby zwrócić uwagę moim dwom stopom, przejechał 300 metrów swojego jak podejrzewam pola na szeeerokich oponach swojego traktora wygniatając bezpowrotnie ze 100m2 albo i więcej swoich upraw.